Płyta z przyszłości

Saroos – Return (2013) Alien Transistor

Jest ich trzech. Podobno pochodzą z Berlina. Podobno, bo po wysłuchaniu Return odnoszę jednoznaczne wrażenie, iż pochodzą z przyszłości.

 

Dawno nie było takiego wydawnictwa. Wydawnictwa, po którym z czystym sumieniem mogłabym stwierdzić, że tak – oto jest coś nowego, coś, czego jeszcze nie wymyślono. Muzyka wyprzedzająca czas, w którym powstała. Ostatnią taką płytą był dla mnie Doo-Bop mistrza Davisa – do dziś nie mam żadnych wątpliwości, że jeśli istnieje jakieś życie pozaziemskie, to ziomki z Marsa bujają się w rytm właśnie tego albumu. Niemiecki kolektyw Saroos może nie jest wydarzeniem na taką skalę (Miles, tak jak Hendrix, był w końcu tylko jeden), sprawia jednak, że jestem dumna, słuchając go już teraz.

Henderson Island jako otwieracz albumu rządzi się niejako własnymi prawami. Saroos nie odkrywa się bowiem cały od razu – nie narzuca drastycznie klimatu płyty, lecz stopniowo go prezentuje. Utwory subtelnie wprowadzają w sedno muzyki. Najpierw pojawia się umiarkowana, monotonna linia basu podbijana perkusją, dopiero potem fantazje na syntezatorach i zabawa z samplami. Chwilowa ucieczka od ustalonego rytmu porywa zaledwie na moment, by po chwili pozwolić na powrót do sennego dryfowania naprzód. Kolejne sekwencje muzyczne następują po sobie bardzo naturalnie, organicznie wręcz. Jest to proces prawie niezauważalny. Dzięki temu nie da się zabrać za analizowanie poszczególnych struktur i rozbijanie utworów na części (co jest niestety częstą tendencją towarzyszącą najlepszej muzyce około-elektronicznej). Album daje możliwość tego, co osobiście lubię najbardziej – bardzo intymnego odczuwania nastroju proponowanego przez artystów.

Niemniej jednak kolejna płyta berlińskiego trio nie jest wyłącznie oniryczną podróżą. Zespół stale bawi się rytmiką, nie przechodząc płynnie z utworu w utwór – ba, kpiąc z linearności na przestrzeni jednej zaledwie piosenki (Boojum). Muzycy zgrabnie igrają z przyzwyczajeniami słuchacza, na zmianę serwując typowo post-rockowe kompozycje jak Henderson Island czy Morning Way oraz wyważone, elektroniczne mini-dzieła Seadance i Spiaggia Di Pluto, w których można utonąć. Brzmi to doskonale i wyjątkowo spójnie dzięki dodatkom obudowującym kompozycje – śliskie syntezatory z Rhoda wracają odmienione w Sequoia; chrupiące, samplowane trzaski wzmacniają trzon Henderson Island i zarazem dodają smaku Kraken Mare. Te sprytne zabiegi byłyby jednak niczym, gdyby nie świetnie poprowadzone instrumenty. Współpraca gitary i perkusji na Return to przykład kunsztu muzycznego z najwyższej półki. Obydwie perfekcyjnie wykorzystują pozostawioną sobie przestrzeń. Tam, gdzie gitara wybrzmiewa bardzo wyraźnie w Henderson Island, ma wybudowaną do tego talerzową podstawę; gdy perkusja początkowo wiedzie prym w Tsalal Nights, delikatnie romansując potrafi wejść w dialog ze strunową koleżanką. A ponieważ Return nie jest tworem szczególnie dosłownym, mogę pokusić się również o stwierdzenie, że obydwu tym instrumentom niekiedy bardzo dobrze się wspólnie milczy.

Na krążku diabeł tkwi jednak w szczegółach. Utwory przyprawione są smakami od ostrych po kwaśne, co wpływa na niespotykaną różnorodność albumu. Stąd też odczucie, że Saroos wyprzedza muzycznie nie tylko swoją epokę, ale też granice kulturowe i geograficzne. Tsalal Nights obfituje w brzmienie rodem z Bollywood, kosmiczne Willow powstaje przez przetworzenie dźwięków i dodanie wibrującego tła. Egzotyczne bębny, a nawet flet skłaniają do umiejscowienia Morning Way gdzieś w głębi Azji. Dzwonki i niespotykane sample, w które obfituje płyta, z jednej strony prowadzą gdzieś do Japonii, z drugiej gryzą się z chłodnym, surowym brzmieniem elektroniki i zdystansowanej gitary, przywodzącym na myśl brzmienie norweskiej Jagi Jazzist. Słuchając Saroos jesteśmy jednak cały czas zawieszeni w niepewności, a dzięki bogactwu środków – gotowi do przejścia ze stanu w stan. Return działa w ramach ciągłej relacji płyta-słuchacz, słuchacz-płyta, dźwięki bowiem cały czas przybierają formę kameleona – wtapiają się w każdy moment słuchania i jednocześnie pozwalają na zatracenie się w nich.

Saroos za pomocą Return stworzył świat, w którym nie ma czasu, pogody ani pory roku, a liczy się tylko bezbrzeżne roztopienie w dźwięku. Płyta nie wywołuje określonych nastrojów, nie wymaga ciemności czy deszczu, ani nie ukierunkowuje myśli na określony tor. Return pozwala na zapomnienie o tym, że słucha się muzyki; tutaj wtapiasz się w nią, stając się jej integralną częścią. I to właśnie ta wyjątkowa cecha – pomimo utrzymania utworów w świetnej konwencji, wypełnienia ich naprawdę interesującymi aranżacjami przy jednoczesnym zachowaniu spójności oraz całej masy innych zalet – Return to wydawnictwo bezcenne.

Alicja Cieloch

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.