Oi, dancing boy!

Jedenastolatek na przekór wszystkim, a zwłaszcza własnemu ojcu, postanawia oddać się swojej pasji, którą jest balet. Brzmi jak film, którym chętnie zająłby się Walt Disney. Na szczęście tak się nie stało i zamiast lukrowanej komedii familijnej mamy słodko-gorzki film o tym, jak odkryć swój talent, spełnić marzenia i być sobą. Proste przesłanie zawarte w historii osadzonej głęboko w industrialnym krajobrazie Wielkiej Brytanii.

Połowa lat osiemdziesiątych, górnicze miasteczko w północnej Anglii. Posępny przemysłowy krajobraz, szare ulice i jednakowe domy ze sczerniałej od kopalnianych dymów cegły. Wygląda raczej na miejsce, w którym umierają marzenia. Szczególnie w czasach reform Żelaznej Damy, burzliwych i brutalnie tłumionych strajków. Udział w nich biorą ojciec Billy’ego – Jackie i starszy brat – Tony, podczas gdy chłopiec opiekuje się chorą babcią. Jego matka popełniła samobójstwo jakiś czas temu. Poza tym jedenastolatek spędza czas ze swoim najlepszym przyjacielem Michaelem lub uczęszcza na zajęcia z boksu.

Terry Pratchett w jednej ze swoich książek napisał: Wiesz co jest naj­większą tra­gedią te­go świata? Ludzie, którzy nig­dy nie od­kry­li, co nap­rawdę chcą ro­bić i do cze­go mają zdol­ności. Sy­nowie, którzy zos­tają ko­wala­mi, bo ich oj­co­wie by­li ko­wala­mi. (…) Ludzie ob­darze­ni ta­len­tem, które­go nig­dy nie poz­nają. A może na­wet nie rodzą się w cza­sie, w którym mog­li­by go od­kryć. Ale Billy ma to szczęście, że odkrywa swoją drogę. Pewnego dnia w sali, w której odbywają się treningi boksu, ćwiczenia ma również dziewczęca grupa baletowa. Chłopiec od pierwszej chwili jest zaintrygowany i oczarowany magią klasycznego tańca. Zachęcony przez ekscentryczną nauczycielkę – panią Wilkinson (znakomita Julie Walters) – Billy próbuje tańczyć. Kobieta od razu dostrzega drzemiący w chłopcu potencjał. Odtąd Billy w sekrecie zaczyna ćwiczyć balet. Jednak droga ze starej sali gimnastycznej do klas Królewskiej Akademii Tańca nie jest tak prosta. Chłopiec będzie musiał stawić czoła własnym ograniczeniom oraz przede wszystkim uprzedzeniom głęboko zakorzenionym w społeczności przemysłowego miasteczka. Historia ta związana jest luźno z biografią znanego tancerza Phillipa Mardsena, którego scenarzysta poznał podczas pracy nad scenariuszem. Mardsen również wychował się w górniczej społeczności.

Billy Elliot od samego początku skradł moje serce i stał się jednym z ulubionych bohaterów filmowych. W filmie debiutuje czternastoletni wówczas Jamie Bell. Billy nie jest ideałem. Jest wrażliwy, ale również zbuntowany, utalentowany, ale brak mu wiary we własne możliwości. Jak na jedenastolatka jest bardzo skryty i dojrzały. Gdy odkrywa, że jego najlepszy przyjaciel jest homoseksualistą, chłopiec na swój sposób akceptuje to i wspiera Michaela. Jamie Bell jest dokładnie taki, jakiego znamy go z późniejszych filmów – chociażby Hallam Foe. Ze swoją przygarbioną sylwetką i posępną miną spełnia stereotyp tajemniczego Brytyjczyka. W dodatku okazuje się niesamowicie utalentowanym młodym aktorem. Dzięki niemu Billy to postać z krwi i kości. Im bardziej realny bohater, tym łatwiej widzowi związać się z nim i utożsamić. Oczywiście oprócz talentu aktorskiego nie można odmówić Bellowi talentu do tańca, który dosłownie ma we krwi. Jego babcia, matka, ciotka i siostra były tancerkami.

Większość filmów tanecznych ogląda się zazwyczaj dla niesamowitych układów choreograficznych. Tutaj też ich nie brakuje, chociaż nie są to sceny rodem ze Step up, tylko balet w wersji freestyle, połączony ze stepowaniem i muzyką punkową. Taniec nie ma zachwycać, ale jest sposobem na wyrażenie uczuć. Szczególnie znakomita jest scena, w której Billy tańczy ze złości do hitu Jam Town Called Malice. Każda niedoskonałość uwydatnia tylko to, że dla chłopca ruch staje się sposobem na życie i możliwością do wyrażenia siebie. Zapomina o klasycznych regułach baletu i zatraca się w tańcu. Przez taniec chłopiec buntuje się przeciwko surowemu ojcu, przeciwko swojemu pochodzeniu, niesprawiedliwości i stereotypom. Właśnie to przesłanie sprawia, że sam taniec w filmie schodzi na dalszy plan. Tak naprawdę chodzi o przełamanie pewnych barier. Może to być złamanie zakazu ojca i podążenia za marzeniami. Ale również złamanie przez Michaela tabu, jakim dla tak hermetycznej społeczności jest homoseksualizm. Opór polityczny górników czy wreszcie złamanie strajku i poświęcenie się dla syna, którego podejmuje się Jackie.

Buntowniczą atmosferę podkreśla muzyka, która w filmie o tańcu naturalnie odgrywa ważną rolę. W tle słychać brytyjskie punkowe kapele, jak chociażby wspominany wcześniej Jam albo słynny T. Rex. W jednej z przełomowych scen filmu można usłyszeć punkowy hymn The Cash – London calling.

Każdy ma taki film, do którego często wraca, a dialogi praktycznie zna na pamięć. I chociaż od Billy’ego Elliota w moim życiu przewinęło się wiele wartościowych filmów, to nadal pozostaję pod urokiem tej prostej historii o dojrzewaniu i szukaniu własnej drogi. Sądzę, że powodów ku temu jest wiele, ale oczywiście pozostawiam to do indywidualnej oceny.

Anna Ślusareńka

Billy Elliot

reżyseria: Stephen Daldry

premiera: 19 maja 2000 (świat), 9 lutego 2001 (Polska)

produkcja: Wielka Brytania, Francja

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.