Daft Punk – „Random Access Memories” (2013) Columbia Records

Genialny powrót po latach czy może jednak najbardziej przereklamowany krążek tego roku? Niejeden recenzent i słuchacz ma zapewne problem z odpowiedzią na to pytanie. A może tak naprawdę nie ma nad czym się rozwodzić?

 

Thomas Bangalter i Guy-Man kazali swoim fanom czekać na następcę „Human After All” aż osiem lat. Ogromne oczekiwania nie zostały zaspokojone soundtrackiem do filmu „Tron: Legacy”. Ba, można powiedzieć, że roboty poprzez eksplorację nowych obszarów muzycznych, rozbudziły jeszcze większe nadzieje. W końcu stało się. Na początku roku media obiegła wiadomość o tym, iż Nile Rodgers, gitarzysta i producent, znany ze współpracy m.in. z  Davidem Bowiem, Madonną i Duran Duran, będzie zaangażowany w nowy projekt Daft Punku. Z biegiem czasu pojawiały się kolejne informacje związane z krążkiem: kontrakt z Columbia Records, pokaźna lista gości, tytuł płyty i data jej wydania. Przy całym oczekiwaniu wydaje się, że Francuzi umiejętnie dozowali wiadomości dotyczące „Random Access Memories”. Fani doczekali się namacalnego dowodu na istnienie płyty w trakcie Coachelli. Tam właśnie, na telebimie, publiczność miała okazję obejrzeć zapowiedź singla promującego wydawnictwo. „Get Lucky” pojawił się w sieci parę dni później i wywołał sporą euforię. Jak się jednak okazało, całość materiału nie została odebrana tak bezkrytycznie jak utwór z Pharrellem.

Jedna z najlepszych płyt tego roku…

Już na samym początku „Random Access Memories” zaskakuje słuchacza. Bo niby jak to? Daft Punk –  jedna z najważniejszych grup w elektronice (a na pewno najbardziej rozpoznawalna) postanowiła pozbyć się samplerów (te pojawiają się tylko w „Contact”) i wszystkich elektronicznych zabawek na rzecz klasycznych instrumentów oraz starych syntezatorów i vocoderów? Dwójka Francuzów wpadła na pomysł, by tchnąć więcej człowieczeństwa w swoją muzykę. Informują o tym już na samym początku w „Give Live Back To Music”. Odnalezienie prawdziwego sedna muzyki odbyło się poprzez zagłębienie się w różnorodne okresy i gatunki muzyczne. Przy okazji Francuzi zdecydowali się zabrać w historyczną podróż w świat muzyki każdego ze słuchaczy „Random Access Memories”.

Siłą napędową albumu zostały funkowe „Get Lucky” oraz „Lose Yourself to Dance”. Współpraca z Nilem Rodgersem przyniosła na tym polu wspaniałe efekty. Oba utwory, mimo słabego tekstu (roboty nie są wybitnymi tekściarzami) i niezwykle prostej konstrukcji, wręcz zmuszają słuchacza do tańca. Natomiast czymś zupełnie nowym są stworzone przez muzyków wolno płynące ballady. „The Game of Love” oraz „Within” ujawniają romantyczniejsze oblicze Francuzów.

Wyjątkowo trafioną zagrywką było stworzenie muzycznej historii Giorgio Morodera w „Giorgio By Moroder”. Jego wspomnienia, wraz z typowymi dla lat 80. dyskotekowymi brzmieniami, tworzą niezwykle piękną całość, ale i hołd dla samego Włocha, tworzącego właśnie w tamtym okresie.  W „Touch” duet postanowił natomiast pobawić się formą aż do tego stopnia, że wyszedł im utwór z pogranicza kabaretu i musicalu, przypominający konstrukcją piosenki związane z Bennym Hillem i Monthy Pythonem niż grupą grającą do tej pory house i electrofunk. Nie można też zapomnieć o kosmicznym (dosłownie!) „Contact”, który dla mnie jest najmocniejszym punktem krążka, oczywiście tuż za funkowymi kompozycjami. W numerze użyto sampli z  wypowiedziami astronautów z Apollo 17 oraz fragmentów utworu „We Ride Tonight” grupy The Sherbs. Poza tym, co tu dużo mówić, to właśnie ten kawałek najbardziej przypomina stary Daft Punk. Niemal identyczne brzmienie syntezatorów zachwycało już w „Areodynamic” na „Discovery”.

…lub ogromne rozczarowanie

To właśnie do „Discovery” najczęściej porównuje się najnowsze dzieło panów w lśniących kaskach. Po raz kolejny duet przekazał nam pewną harmonijną i interesującą opowieść. Bo trudno nie uznawać historii muzyki w narracji Daft Punku za coś niespójnego. „Random Access Memories” to także kolejny romans robotów z popem. „Get Lucky”, tak samo jak poprzednio „One More Time”, nikt nie może odmówić komercyjnego potencjału. Gdzie więc pojawia się słabość nowego krążka?

Po pierwsze, można zarzucić mu pewną nierówność (czego osobiście w „Discovery” nie uświadczyłem). Oprócz świetnych kawałków, zdarzają się wpadki takie jak zalatujący country „Fragments of Time” czy też mdłe utwory z pogranicza rockowej alternatywy i synthpopu („Instant Crush”, „Doin It Right”), gdzie wokalnie udzielali się Panda Bear i Julian Cassablancas. Jednak nie mankamenty w utworach są tutaj najgorszą rzeczą. Nowy Daft Punk to materiał mało przystępny. „RAM” nie ma lekkości poprzednich produkcji. Nie ratują go nawet funkowe epizody. Wydawnictwu brakuje po prostu luzu. Wydaje się, że Daft Punk zbyt wygładził kompozycje na płycie. Doprowadziło to do sytuacji, w której oprócz lekkości, całości brakuje odrobiny mocy. Niestety, ład i porządek zastąpiły pewną spontaniczność.

Moralni zwycięzcy

Szum wokół powrotu Daft Punku działa tylko i wyłącznie na ich korzyść. Spór o jakość „Random Access Memories” szybko nie wygaśnie i na pewno powróci pod koniec roku w trakcie ustalania rankingów 2013. A dotyczyć będzie on, niestety, płyty bardzo poprawnej, może nawet przeciętnej. Żadna ze skrajnych stron nie ma więc racji. Nowy Daft Punk stoi gdzieś pomiędzy albumem świetnym a albumem słabym.

Daniel Kiełbasa

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.