Największe rozczarowania filmowe 2014

Podczas gdy styczeń rozpoczął noworoczną nawałnicę świeżych tytułów, my rzucamy ostatnie spojrzenie wstecz. Filmowy 2014 rok obfitował w wielkie zachwyty, ale nie oszczędził też kilku srogich rozczarowań. Jak to zwykle bywa, w redakcji nieraz robiło się gorąco, gdy okazywało się, że numer jeden w rankingu jednego spotkał się ze szczerą nienawiścią innego. Znalazło to odzwierciedlenie w różnorodności komentarzy i recenzji – ktoś krytykuje, ktoś broni, ktoś już nigdy się do kogoś nie odezwie. A już niedługo przekonacie się, jak wiele z niżej wymienionych tytułów znalazło się na liście najlepszych produkcji AD 2014.

 

tylko-kochankowie-przeżyją-plakat10. Tylko kochankowie przeżyją, reż. Jim Jarmusch

Jarmusch chwali się, jakie książki przeczytał i jakiej muzyki słucha oraz jak bardzo gardzi ludźmi, którzy nie kojarzą Christophera Marlowe’a. Też nie mam najlepszego zdania o większości społeczeństwa, ale nie odważyłbym się kręcić snobistycznej wersji Zmierzchu, by napawać się własną mizantropią. Bezczelny film. Maciej Kryński

Nasza recenzja filmu była pozytywna – niektóre filmy po prostu dzielą bardziej niż inne:
Czy kiedykolwiek zatraciliście się w niesamowitej atmosferze miasta po zmroku i nie chcieliście, by nadszedł świt? Jim Jarmusch zaprasza na jedyną w swoim rodzaju nocną wycieczkę w rytm orientalnej muzyki Tangeru i dźwięku gitar Detroit. Wycieczkę, której nie sposób zapomnieć. […] Jednocześnie znika dystans między postaciami a widzem, który błyskawicznie zostaje wciągnięty w tajemniczy świat, gdzie czas nie ma znaczenia. Już na samym początku filmu reżyser pokazuje, że tym, co ma wartość, bez czego wręcz nie da się żyć – szczególnie jeśli mowa o życiu wiecznym – jest sztuka w każdej postaci. […] To właśnie noc wiedzie tutaj prym, stając się jednym z głównych bohaterów i czarując widza swym niebezpiecznym pięknem. Detroit, kojarzone raczej z podejrzanymi typami, przekrętami i handlem narkotykami, jawi się tutaj jako ostoja namiętności. […] Jarmusch ma jedyną słuszną odpowiedź na wszelkie przeciwności losu: wieczna jest tylko noc, a wraz z nią – miłość. Monika Pomijan

9. Lucy, reż. Luc Besson

Francuski neobarok zawsze lubił przepych. Nowy film Luca Bessona również pełen jest przesady, a raczej przesadnej głupoty. Ostatnie lata nie były łaskawe dla reżysera. Ze smutkiem oglądałam produkowaną przez niego Uprowadzoną 2 i epatujące bezsensowną przemocą Porachunki. Połączenie Drzewa życia, Jestem Bogiem i dowolnej strzelanki również nie wyszło mu na zdrowie. Lucy to chaos, przyznaję – rozrywkowy, ale jednak chaos. Chociaż fabuła toczy się raczej przewidywalnym torem, to konwencja filmu przypomina dzieło Pollocka. Kilka obrazków z Animal Planet, płytka refleksja nad naturą człowieczeństwa, odrobina niby-naukowych teorii, sporo strzelania, krew na rękach, supermoce, moment olśnienia i blondynka w obcisłym topie. Na szczęście wszystko udało się upchnąć w 90 minut, co różni Lucy od innych epickich filmów próbujących wyjaśnić sens życia. Besson martwi się, że ludzie marnują potencjał swojego mózgu, a ja martwię się, że on marnuje potencjał Johansson. Tym bardziej, że w przeszłości udało mu się stworzyć kilka przekonujących bohaterek. Mimo wszystko jednak występ Scarlett budzi sympatię, a bzdurnych wykładów naukowych da się wysłuchać, gdy wygłasza je Morgan Freeman. Jeżeli zaś chodzi o refleksyjną warstwę dzieła, to film zostawił mnie z jednym pytaniem: ile procent mózgu zużyto, żeby go nakręcić? Anna Ślusareńka

8. Miasto 44, reż. Jan Komasa

Czekałem na ten film z niecierpliwością, bo głęboko wierzyłem, że możliwe jest zarówno zrobienie dobrego polskiego kina wojennego, jak i stworzenie obrazu pokazującego tragedię Powstania. Tymczasem Miłość w czasach Apokalipsy okazała się raczej bylejakością i kiczem w dobie Call of Duty. Niezamierzona groteskowość wielu scen (patrz choćby słynny pocałunek wśród kul i buziaczek wysyłany Biedronce przez demonicznego esesmana), deszcz ludzkiej krwi i kamera z karabinu połączone zostały z byle jakim wątkiem miłosnym. Bezbarwny – a przez to całkowicie niewiarygodny i, niestety, nieinteresujący – bohater przemieszcza się po demolowanej Warszawie przyglądając się Powstaniu. Jednakowo mało uwagi przywiązuje do rywalizujących o niego Kamy i Biedronki oraz do próbujących zakończyć jego życie Niemców. W tle jedna wielka impreza – dubstep, seks i wesołe przyśpiewki po wysadzeniu tankietki. Ja natomiast z podobnym, jak główny bohater, brakiem zainteresowania patrzyłem na niepotrzebny obraz, nieupamiętniający tak naprawdę niczego. Zamiast Kamy, Biedronki i Call of Duty polecam Powstanie Warszawskie, które – choć niepozbawione wad – pokazuje prawdziwą tragedię Miasta. Bartosz Kożuch

Choć nasz recenzent filmem się nie zachwycał, to jednak jego odczucia były nieco mniej negatywne:
Jan Komasa uciekał od wielkiej historii jak tylko mógł. Całkiem zrozumiałe, biorąc pod uwagę, jak uparcie owa historia odmawiała posłuszeństwa wielu twórcom ze zdecydowanie pokaźniejszym dorobkiem. W trakcie swojego biegu ku opowieści o ludziach zaliczył niestety kilka nieprzewidzianych postojów. Pomiędzy postojami zwraca uwagę przede wszystkim rozmach. 25 milionów złotych to nic w porównaniu z klasyką kina wojennego, ale na polskie warunki dużo i żadna złotówka nie została zmarnowana. […] Gorzej, że w – momentami naprawdę ogłuszającej i wciskającej w fotel – wojennej zawierusze ginie to, co w ramach przedpremierowej promocji wymieniano jako podstawowy atut filmu, a więc zwrócenie uwagi na zwykłych ludzi i ich emocje. […] Na szczęście do całego filmu epitet drętwy się nie stosuje. Komasa robi dużo, by swoją opowieść uatrakcyjnić i nawet jeśli nie wszystkie wysiłki przynoszą pożądany efekt, inscenizacyjnego zmysłu i umiejętności wartkiego prowadzenia narracji nie sposób mu odmówić. Odkładając na bok dysputy o tym, jak istotna jest to produkcja i czy uczniowie powinni siedzieć w kinie, czy raczej czytać podręczniki do historii – Miasto 44 sprawdza się nieźle jako film wypełniony po prostu akcją. Robert Mróz

6. Teoria wszystkiego, reż. Terry Gilliam

Zwykle wiadomo, czego spodziewać się po Terrym Gilliamie. Reżyser uwielbia donkiszotowskich bohaterów (Fisher King), afirmuje nieposkromioną wyobraźnię (Przygody barona Munchausena) albo, tak jak w Brazil i 12 małpach, stawia autokratyczną władzę przed krzywym zwierciadłem. Teoria wszystkiego jest miksem zwłaszcza dwóch ostatnich tytułów – miksem momentami tak wyraźnym, że ocierającym się o autoplagiat. Kino Gilliama zawsze przypominało wunderkamerę, wypełniony po brzegi eksponatami gabinet osobliwości. Za te fascynujące kurioza potrafiliśmy wybaczyć wiele – braki w strukturze, a nawet zbytnią umowność bohaterów. W nowym filmie rozczarowuje powielanie starych pomysłów estetycznych, szkicowość konceptów (zwłaszcza tytułowej teorii), dawno przeżute przez popkulturę wyobrażenia wirtualnej rzeczywistości, ale przede wszystkim zupełnie nijacy bohaterowie. Christoph Waltz gra ospale i zaskakuje tylko łysiną, o reszcie obsady, może poza Mattem Damonem, można zapomnieć tuż po wyjściu z kina. Zniżka formy, zapoczątkowana w okolicach Parnassusa, trwa. Nie na takiego Gilliama czekamy! Krystian Buczek

Współtwórca sukcesów Monty Pythona sięga więc po sprawdzone rozwiązania fabularne, co, jak to w takich przypadkach bywa, pozostawia nieodparte wrażenie, że gdzieś to już widzieliśmy. W istocie tak jest – nawet kostiumy czy wnętrza obecne w Teorii wszystkiego przywołują na myśl wspomniany już film z 1985 roku (Brazil – przyp. red.). […] Z kolei forma ukazania zmagań głównego bohatera z tytułową teorią pozostawia spory niedosyt: choć zgłębia on największe tajemnice wszechświata, to o jego pracy nie wiemy praktycznie nic. […] Na plus należy zaliczyć Gilliamowi fakt, że nie czyni ze swojego filmu zgryźliwej satyry na temat wirtualnej rzeczywistości, która zaczyna dominować nad realnym światem. […] Nie od dziś wiadomo, że ten pozornie cyniczny Brytyjczyk amerykańskiego pochodzenia gdzieś w głębi duszy jest niepoprawnym romantykiem. Inna sprawa, że Teoria wszystkiego, wbrew tytułowi, nie dostarcza jakiejś nowej wartości stanowiącej syntezę dotychczasowej wiedzy na temat zagrożeń, przed jakimi stoi ludzkość. Marcin Sarna

6. Grace księżna Monako, reż. Olivier Dahan

Jeśli uczyć się na błędach, to najlepiej na cudzych. Niestety Olivier Dahan nie wziął sobie tej maksymy do serca i nie obserwował uważnie, gdy porażkę ponosił Turysta Floriana Henckela von Donnersmarcka, zanurzony po uszy w Hollywood lat 50. Grace księżna Monako w reżyserii Francuza słabuje dokładnie z tej samej przyczyny – uparcie odmawia przyjęcia do wiadomości, że czasy się zmieniły. […] Depp, Jolie i Kidman mogą być symbolami wszystkiego i zdobić niezliczone okładki, ale to – by powtórzyć ulubioną mantrę zawodowych krytykantów – nie to samo, co kiedyś. […] Trudno uwierzyć, by słabości Grace księżnej Monako, wynikające niemal wyłącznie z błędnego założenia, nie były widoczne już na etapie scenariusza. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to stwierdzenie, że nawet jeśli Los Angeles przestało być mityczną Fabryką Snów lat 50., to wciąż potrafi być upragnioną złotą przystanią przynajmniej dla tych, którym zależy na promocji własnego nazwiska. Pokusa dotarcia do niezliczonych widzów na całym świecie może być trudna do odparcia. Niektórzy, jak Park Chan-wook, potrafili złapać okazję i zgrabnie uniknąć artystycznych kompromisów. Olivier Dahan poprzestał na wyciąganiu z lamusa pereł, które przy bliższym oglądzie okazują się jedynie błyszczącymi szkiełkami. Robert Mróz

Alfred Hitchcock prawdopodobnie doznałby zawrotu głowy, gdyby zobaczył Nicole Kidman w roli Grace Kelly. Nieruchoma, apatyczna mimika dzisiejszej gwiazdy w niczym nie przypomina magicznej plastyczności, którą amerykańska aktorka hojnie obdarowywała widownię filmów Hitcha. Niestety w parze z chybionym doborem obsadowym idzie schematyczny i w dodatku anachroniczny sposób opowiadania tej pasjonującej przecież historii – jednej z tych, w które trudno byłoby uwierzyć, gdyby nie wydarzyły się naprawdę. Bajkowa opowieść o sławnej aktorce schodzącej ze szczytu Hollywood, aby zostać żoną króla Monako, wygląda w ujęciu Oliviera Dahana równie blado jak przesadnie ucharakteryzowane, arystokratyczne lico jego aktorki. Gdyby Grace Kelly przed podjęciem najważniejszej decyzji w swoim życiu obejrzała podobny wyrób z Fabryki Snów, prawdopodobnie nie miałaby wątpliwości, jakiego wyboru dokonać. Nawet sterylnie czyste wnętrza królewskiego pałacu i drętwa etykieta jawią się na tle filmu Dahana bardzo interesująco. Bartosz Marzec

interstellar4. Interstellar, reż. Christopher Nolan

Interstellar rozczarowuje co najmniej podwójnie – po pierwsze, intelektualnie, po drugie, estetycznie. Nie wiem, po co Nolanowi były te wszystkie kwerendy w dziale popularnonaukowym i konsultacje z astrofizykami. Na pomysł efektownego przebicia długopisem złożonej na pół kartki można było wpaść, oglądając Ukryty wymiar, z kolei puenta filmu zgadza się chyba jedynie z poglądami wybitnego profesora caritas studies rodem z Brazylii (choć ten o dziwo woli chyba twórczość Beli Tarra. Na ironię zakrawa również to, że w filmie zapowiadanym jako jeden wielki efekt specjalny większość scen dzieje się we wnętrzach (w których czasami trochę trzęsie, fakt), a najlepsze, co można powiedzieć o scenach w przestrzeni kosmicznej, to to, że dorównują tym z dzieła starszego o 46 lat… (Hejterzy Grawitacji powinni teraz grzecznie przeprosić Cuarona i Lubezkiego.) Maciej Kryński

Jako się rzekło – niektóre filmy dzielą bardziej niż inne. Nasz recenzent rozpływał się w zachwytach:
Kosmiczny spektakl został rozpisany przez Nolana na gigantyczne atrakcje, walkę o życie […], akcję na wielu planach niczym w Incepcji i przeplatające to wszystko sceny galaktycznego baletu. Przebogata paleta kolorystyczna i wyczucie ruchu operatora Hoyte van Hoytemy nieprzypadkowo przywodzą na myśl słynne dzieło Kubricka. Nolan otwarcie przyznaje, jak ważny jest dla niego ten film, po obejrzeniu którego zapragnął – w wieku 8 lat – zostać reżyserem.
[…] W czasach, w których – zresztą, paradoksalnie, za sprawą samego Nolana – wielkie widowiska są albo coraz bardziej mroczne i nihilistyczne, albo ledwie eskapistyczne, potrzebny był hit, który spróbuje nie tylko zachwycić, ale i uwznioślić, do tego w sposób zrozumiały dla wszystkich. Brytyjczyk za sprawą Interstellar zaryzykował bardzo wiele – łącząc tyle różnych elementów, postawił na szali swoją reputację sprawnego, inteligentnego narratora. Jednak, jak sam mówi, trzeba ryzykować, by stworzyć coś wielkiego. I kiedy Matthew McConaughey śmiało zmierza w maleńkim stateczku w stronę czarnej dziury, już wiadomo, że każdy jeden brawurowy krok był nie tylko uzasadniony – był konieczny. Robert Mróz

4. Małe stłuczki, reż. Aleksandra Gowin, Ireneusz Grzyb

Termin hipsterski dawno już stracił jakiekolwiek ostre znaczenie – jeśli w ogóle kiedykolwiek je miał. Jednak od pierwszych sekund Małych stłuczek widać, że jeśli któryś film z 2014 roku należałoby określić mianem hipsterskiego, to będzie to właśnie ten. Jak dotąd – wszystko ok. W pewnym sensie hipsterski jest przecież także Wes Anderson. Lecz Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb niewymuszoną dziwność swoich bohaterów i sytuacji posuwają o krok za daleko. A potem o drugi. I jeszcze jeden. Niosą tę dziwną fajność jak sztandar, którym powiewają każdemu przed oczami, maszerują z nim po ulicach i wciskają nawet przez zamknięte okna. Tym sposobem odcinają gałąź, na której siedzą, bo to, co ostentacyjne, rzadko bywa rzeczywiście niewymuszone, o wzruszaniu nie wspominając. Charakterystyczne tiki i niezręczne sytuacje, w których co rusz stawiane są postacie, to obosieczna broń. W małych dawkach są urocze. W Małych stłuczkach pachną nieznośnym wykoncypowaniem. Robert Mróz

Kolejny film, który nas podzielił:
Choć Małe sztuczki można byłoby opisywać i oceniać w hipsterskim kluczu alternatywnej komedii, całość podszyta jest głębokim smutkiem. Bohaterowie, po części z powodu wypranego z emocji aktorstwa, istnieją niezależnie od siebie, nawet jeśli scenariusz filmu próbuje kierować ich ku sobie. Są jak samotne wyspy albo – no właśnie – pudełka, powracające w Małych stłuczkach jak refren. […] Na szczególną uwagę zasługują zdjęcia Ity Zbroniec-Zajt. Kompozycyjnie przemyślane kadry w nieczęsto spotykanym formacie 4:3 dodają Małym stłuczkom sporo wdzięku. Tak jak wtedy gdy zwykły napis AUTO MYJNIA zamienia się ograniczony ramką kadru w urocze O MYJNIA. […] Małe stłuczki tracą, gdy próbują być duże. Ironia bohaterów, kłębiące się wokół nich dziwności często sprawiają wrażenie zbyt wypreparowanych i zwiększają emocjonalny dystans między widzem a filmem. Fajne, modne, wygadane stłuczki przysłaniają te, w których ukryte są pokłady rzadko spotykanej w polskim kinie wrażliwości […]. Krystian Buczek

wielkie piękno plakat2. Wielkie piękno, reż. Paolo Sorrentino

Zaczyna się epicko – orgiastyczna impreza z okazji 65. urodzin głównego bohatera w rytmie piosenki Boba Sinclara Far L’Amore (Club Mix), miejscami przerywanej przez meksykańską orkiestrę. […] Jep, niejako za przykładem Cheyenne’a, a po trosze również Oscara z Holy Motors, rusza w podróż po Rzymie, który jawi się jako miasto rozpusty, przepychu, ulotnego piękna i rozczarowań. […] Byłoby to ciekawe, gdyby przy okazji Sorrentino nie postanowił wziąć pod lupę niemal każdego możliwego tematu, od próżniaczego życia zaczynając, a na sztuce współczesnej i Kościele kończąc. W swojej dwuipółgodzinnej epopei nie daje widzowi chwili wytchnienia, z jednej strony fetyszyzując Jepa jako wysokiej klasy dżentelmena, z drugiej wykrzywiając do granic możliwości obrazy życia społecznego, w które wymierza ostrze krytyki. […] Reżyser skacze po tematach, nie zostawiając miejsca na refleksję, więc w żaden sposób nie można zaangażować się w pokazywane problemy. Żaden z nich nie jest zresztą nowością. Sorrentino z egocentryczną przyjemnością funduje nam przepiękny, ale irytujący pokaz slajdów, którego nie ratuje doskonała gra aktorska Toniego Servillo w roli Gambardelli czy pojedyncze świetne sceny. Monika Pomijan

Tadeusz Sobolewski pisał o Wielkim pięknie, że to idealna podróbka arcydzieła. Odwoływał się przy tym, rzecz jasna, do wszechobecnych porównań ze Słodkim życiem Federico Felliniego, które były jedną z dźwigni reklamowych filmu Sorrentino. Ale nawet jeśli potraktujemy Wielkie piękno jako zupełnie osobny byt, to zarzuty sformułowane przez polskiego krytyka i tak nie tracą na znaczeniu: zdobywca Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego prześlizguje się po powierzchni, daje możliwość spojrzenia z moralną wyższością na miotających się bez celu bohaterów, sugerując, że są oni więźniami albo najprostszych fizycznych żądz, albo naiwnego, sentymentalnego dążenia do bliżej niesprecyzowanego tytułowego piękna. Reżyser robi wszystko, by emocjonalnie zaangażować widza, zmniejszając do minimum pole do jakiejkolwiek refleksji. Łatwiej byłoby znieść fantomowych bohaterów i ich przeintelektualizowane dysputy, gdyby Sorrentino dał jasny sygnał, że jego Rzym jest tylko pewnym subiektywnym, umownym obrazem włoskiej stolicy. Tymczasem Wielkim pięknem podtrzymuje on podkoloryzowaną, pocztówkową wizję życia w Wiecznym Mieście (za którą tak krytykowany był np. Woody Allen), nie napełniając jej przy tym żadnymi autorskimi elementami, nie biorąc jej choćby w najmniejszy nawias. Marcin Sarna

2. Wróg, reż. Denis Villeneuve

Największe miasto Kanady w nowym filmie Denisa Villeneuve’a istotnie różni się od stereotypowego wyobrażenia o tej metropolii. Zamiast jasnych, czystych ulic wypełnionych przyjaznymi ludźmi oglądamy obraz pustki przedstawionej we wszystkich odcieniach zgniłej żółci. Hipnotyzująca wizja Toronto jest niestety tylko jedną z nielicznych zalet rozczarowującego Wroga. […] Villeneuve nadmiernie eksploatuje transową, niepokojącą muzykę. Nie tylko traci ona swoją moc, ale powstaje też wrażenie, że reżyser usiłuje skryć fabularną mieliznę. To nieumiejętne posłużenie się ścieżką dźwiękową może dziwić, ponieważ kanadyjski reżyser pokazał już, że w tej części kinowego rzemiosła nie brak mu talentu. […] Kanadyjczyk oparł swój film na powieści José Saramago zatytułowanej Podwojenie. Portugalski noblista jest znany z gęstej, gorączkowej frazy, a jego proza wydaje się wręcz niemożliwa do przełożenia na język kina. Denis Villeneuve niestety nie podjął tego wyzwania. (Pełna recenzja) Bartosz Marzec

Po wstrząsającym Pogorzelisku i bardzo solidnym Labiryncie Denisowi Villeneuve’owi przytrafiła się wybaczalna, ale jednak dość bolesna wpadka. Sam koncept, zapożyczony z powieści Josego Saramago – niewyróżniający się niczym nauczyciel dowiaduje się o istnieniu swojego sobowtóra, mało znaczącego aktora filmowego – wskazuje na dość duży potencjał dramaturgiczny, ale Wróg dość szybko grzęźnie w ślepej uliczce. Brakuje tu logicznie uporządkowanego ciągu przyczynowo-skutkowego, a przecież właśnie na tym polegał sukces dwóch poprzednich filmów reżysera. Zamiast niego otrzymujemy średnio zajmującą łamigłówkę, której na dodatek – jak udowadniają youtube’owe analizy badające obraz niemalże klatka po klatce – nie sposób rozwikłać podczas samego seansu. Z kolei wiarygodność psychologiczną zastąpiła dość łopatologiczna i ograna symbolika, która powoduje, że nawet ostatnie ujęcie, choć szokujące w warstwie czysto wizualnej, nie stanowi tak naprawdę żadnej niespodzianki. Marcin Sarna

Wilk z Wall Street plakat1. Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese

Wielki Gatsby dla facetów. Tych super męskich, których kręcą tylko wielkie balony, hajs, koks i inne kawalerskie rozrywki. Mimo że bez plusów się nie obyło (jak chociażby odrobinę upiorna kreacja Jonaha Hilla, fantastyczna scenografia czy piękne widoczki), ostatecznie złoty duet DiCaprio-Scorsese nie okazał się gwarantem sukcesu. Film zionie obscenicznym żartem bez krzty abstrakcyjnego myślenia i jednoznacznie daje do zrozumienia, jak mało warci są ludzie prowadzący odmienny tryb życia (wiecie, bez łodzi, szampanów i nadmuchanej żony). Ostatecznie oglądanie błyszczącego opakowania się nudzi, gdy dociera do nas, że rewelacyjne dialogi są wciąż takie same, a Leonardo nie wypocił z siebie nic ponad mieszankę ról z poprzednich lat – trochę naćpany Jay Gatsby, trochę cwaniaczek Frank Abagnale Jr czy jeszcze inny lowelas. A ponieważ w filmie wszystkiego musi być dużo (najwięcej!), zwykłe mówienie nie wystarcza – przygotujcie się na trzy godziny wrzasku, bo właśnie tak wygląda komunikacja ludzi sukcesu. Być może oglądanie tej wydmuszki mogłoby sprawić jakąkolwiek przyjemność, gdyby była odrobinę krótsza, niestety oto jest – najdłuższy bełkot w wykonaniu mistrzów amerykańskiego kina. Natalia Jankowska

Jak widać, rozłamów w redakcji było sporo:
Czy w wieku 71 lat można odkrywać nowe filmowe lądy i zaskakiwać oryginalnymi pomysłami? Pewnie można, ale Martin Scorsese stwierdził, że nie trzeba i nakręcił film wedle swojej sprawdzonej receptury. […] Triumf Scorsese ujawnia się właśnie w tym, że ochota na roztrząsanie, czy na pewno każda z pokazanych na ekranie orgii miała miejsce, przechodzi szybciej niż zdążycie wypowiedzieć słowo kokaina i wciągnąć kreskę. […] W nowym dziele Amerykanina liczy się bowiem jedno – tempo. Szaleńczy pęd przez kolejne balangi, machlojki, odloty, rockowe szlagiery, tłumy statystów, pięćdziesięciometrowe tonące jachty, nagie kobiece ciała i tony soczystych fucków. […] Choć w wielu wymiarach nieodkrywczy, jest to film zbyt inteligentnie zrobiony, o dużo większym potencjale komediowym, momentami wręcz onieśmielający skalą, a przede wszystkim diabelsko i przewrotnie przyjemny. Konia z rzędem temu, kto choć przez krótką chwilę nie będzie się zastanawiał, kogo by tu naciągnąć, by zakosztować bezecnych przyjemności, jakie stały się udziałem Jordana Belforta. Robert Mróz

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *