Bo to zła kobieta była – relacja z 2. Black Bear Filmfest

Drugą edycję Black Bear Filmfest, imprezy kina gatunkowego, a więc horrorów, dramatów, thrillerów i sci-fi, charakteryzował dość nieoczekiwany motyw przewodni – kobieta. Filmy z programu obfitowały więc w postaci prawdziwych czarownic, krwiopijczych femmes fatales, władczyń i psychopatek podporządkowujących sobie mężczyzn. Nie zabrakło więc ani mocnych wrażeń, ani powodów do śmiechu, a na pewno okazji do pytań, do czego jeszcze zdolne są te baby.

 

Z przyjętej konwencji raczej mrocznych, niepokojących i krwawych produkcji wyłamywał się film otwarcia Jacky w królestwie kobiet, będący mieszanką komedii i satyry na gender, patriarchat, feminizm i religijność. W świecie rządzonym przez płeć żeńską i zdeterminowanym przez bliżej nieokreślony kult koni mężczyźni są sprowadzeni do roli niewolników i traktowani przedmiotowo, bez możliwości samostanowienia. Jedyną szansą zaistnienia jest małżeństwo z córką panującej w królestwie Bubunne Pani Generał i zostanie Wielkim Głupkiem, który wybierany jest na wielkim balu. Trudno jednak przejąć się losem upodlonej płci męskiej, którą reżyser Riad Sattouf przedstawia w żenującym krzywym zwierciadle jako zidiociałą, naiwną masę niepotrafiącą walczyć o swoje prawa. Pierwszych kilka żartów jeszcze bawi, ale potem ich powtarzalność zaczyna coraz bardziej drażnić i nużyć. W odbiorze filmu nie pomaga również mnogość podejmowanych tematów, w które twórcy wymierzają stępione ostrze krytyki, dlatego trudno odczytywać Jacky’ego… w kontekście wspomnianej satyry. Kobiety w tym filmie jawią się jako figury bez tożsamości usilnie próbujące utrzymać swoją władzę — tym bardziej dziwi więc uległość męskich bohaterów.

Jacky w królestwie kobiet

W zupełnie innej sytuacji stoją oni we Wrednych jędzach, gdzie zmuszeni są walczyć o przetrwanie w zamieszkałej przez wiedźmy wiosce. Tutaj również na pierwszym planie pojawia się krytyka patriarchatu i prześmiewcze ukazanie feministycznego podejścia, jednak komizm sytuacyjny szybko zaczyna zjadać własny ogon. Znany z zabawy konwencjami i odjechanych filmów Álex de la Iglesia tym razem pali za sobą mosty finałową sceną, w której poziom absurdu przekracza dopuszczalny limit i staje się nie do zniesienia. Ogarnięte szałem, kanibalistyczne czarownice przypominają rozwrzeszczaną masę niezdolną wyartykułować celu swojego działania. Prowadzone przez nieumotywowaną nienawiść do mężczyzn sieją zamęt, przy okazji stając się pośmiewiskiem. Żarty sytuacyjne, dialogi i zachowania bohaterek, a nade wszystko wprowadzony na siłę wątek miłosny raczej wzbudzają uśmiech politowania niż skłaniają do świetnej zabawy. Gdy się jednak potraktuje temat z odpowiednim przymrużeniem oka, tak jak de la Iglesia traktuje odwieczną walkę płci, można we Wrednych jędzach odszukać niezobowiązującą rozrywkę. Nie dotyczy to jednak klasyki kina niemego, quasi-dokumentalnych Czarownic Benjamina Christensena, które są wariacją na tytułowy temat używającą estetyki reportażu i horroru. Solidny reżyserki research idzie tu w parze z luźno nakreślonymi wątkami fabularnymi, z których można dowiedzieć się wiele o obrzędach wiedźm, kontaktach z diabłami, sposobach na łapanie i karanie kobiet posądzonych o szatański pakt oraz wpływie, jaki częstokroć bezpodstawne oskarżenia mogą mieć na rodzinę podejrzanej. Podzielony na akty film jest na poły ciekawostką naukową, mogącą dostarczyć pewnych trudności w odbiorze, z drugiej zaś strony zachwyca realizacją wyprzedzającą czasy, w których powstał.

Wiedźmowatych, stanowiących zagrożenie dla mężczyzn kobiet pojawiło się na Black Bear więcej (R100, gdzie dominy wywierają trwały wpływ na życie głównego bohatera, czy Gliniarz wilkołak o policjancie celowo zamienionym w wilkołaka i omotanego przez pewną barmankę, która nie jest tą, na którą wygląda), jednak była jeszcze druga strona barykady. Tam znalazły się nieoczywiste postaci żeńskie nie do końca złe, ale też niekoniecznie czyste i niewinne. Bodaj najlepszymi przykładami są bohaterki Wiosny i O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu, dwóch z trzech najlepszych filmów festiwalu. Zresztą obie są do siebie do pewnego stopnia podobne, unikając dłuższego kontaktu z ludźmi, mając nadnaturalne przypadłości i ulegając uczuciu do przypadkowo spotkanego mężczyzny. Wiosna, operując bardzo prostymi, naturalnymi dialogami i stopniowo odkrywającymi prawdę o Louise twistami, buduje historię z pogranicza sci-fi i onirycznej, trochę mrocznej baśni. Kobieta jest tutaj ukazana jako jednostka zdeterminowana przez własną, nadnaturalną biologię i czas uniemożliwiające jej nawiązanie jakiejkolwiek głębszej relacji. W tym kontekście zmienia się również pojęcie miłości, choć pozostawiona jest jej funkcja ratunku dla tych, których dotyka, dlatego bohaterka, choć potrafi być okrutna i groźna, ostatecznie pozostaje tą, która ofiarowuje siebie dla nieoczekiwanego uczucia.

o dziewczynie która wraca nocą sama do domu

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu

Podobnie dzieje się z tajemniczą, tytułową dziewczyną z drugiego wspomnianego filmu. W mieście Bad, gdzie najważniejsze wydarzenia dzieją się pod osłoną nocy i również wtedy grasuje specyficzna strażniczka okolicy, wszystko utrzymane jest w smutnych barwach. Tam usłany trupami rów sąsiaduje z romantycznym spotkaniem nieznajomych, a przyszłość bohaterów wyznaczają z pozoru przypadkowe zrządzenia losu. Jednak Ona, przechadzająca się pustymi ulicami w burce, doskonale wie, co robi – do czasu. Konwencja horrorów z wampirami w roli głównej zostaje tutaj wywrócona do góry nogami za pomocą wysmakowanych estetycznie, czarno-białych zdjęć i młodzieńczego porywu uczuć. Krwiopijcza kobieta, która metodycznie snuje się za wziętymi na cel jednostkami, obserwuje i milczy, i stopniono z nosicielki śmiertelnego niebezpieczeństwa zmienia się w kolejną postać, której miasto Bad doskwiera. Pozostaje pytanie o to, czy da się z niego uciec.

O szeroko pojętej ucieczce i kobietach, które częściej padały ofiarą mężczyzn niż posyłały ich na zatracenie, mówiły też pozostałe filmy tegorocznej edycji Black Bear Filmfest. Wybijającymi się z tego nurtu były dwa filmy — Włóczęga, świetne kino postapokaliptyczne z rewelacyjną rolą Roberta Pattinsona, i Biały bóg, który opowiadał o poszukiwaniu ratunku i rewolcie… psów. Przełamanie konwencji kina familijnego, świetnie rozłożone akcenty i praca kamery niejednokrotnie sugerująca obserwację rzeczywistości oczami czworonogów sprawiły, że można było inaczej spojrzeć na kwestię relacji ludzi i zwierząt (nie zapominając o podtekście politycznym, od którego reżyser się zresztą nie odżegnuje). Odwaga i konsekwencja, z jakimi Mundruczó podszedł do tematu, wzbudzały respekt i choć był to film najmniej mówiący o kobietach, nie bez znaczenia dla fabuły była tutaj postać pewnej dziewczynki. Oby podobną konsekwencją wykazali się organizatorzy festiwalu, w przyszłym roku zapewniając jeszcze ciekawszy i bardziej zaskakujący program Tendencja jest bowiem zdecydowanie zwyżkowa.

5kilo kultury było patronem medialnym wydarzenia.

Monika Pomijan

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.