Czy czarodzieje istnieją?

W dzieciństwie zawsze bardziej wierzy się w niemożliwe. Nie chodzi jednak tylko o Świętego Mikołaja czy Wróżkę Zębuszkę, ale o to, że pod łóżkiem naprawdę czyhają na nas przedziwne stwory, a z kapelusza sztukmistrza wyskakuje ten sam królik, którego goniła Alicja. Czy więc jakiś magik mógłby ze zwykłej dziewczyny uczynić księżniczkę?

 

Tę wiarę zdaje się podzielać Sylvain Chomet, autor pamiętnego, nominowanego do Oscara Tria z Belleville. Tym razem snuje opowieść o podstarzałym francuskim iluzjoniście szukającym szczęścia aż w Edynburgu, a wcześniej w deszczowym miasteczku przygranicznym. Mężczyzna nie ma jednak w sobie za grosz klasy i sprytu, magiczne rekwizyty wypadają mu z rąk, a wspomniany królik nie chce współpracować. Iluzjonista daje więc przedstawienia dla garstki osób. Szkocja okazuje się dla niego miejscem równie mało przyjaznym, co ojczyzna – nie zna języka, wynajmujący go dyrektorzy teatralni oszukują, publiczność nie wierzy w talent, a i pogoda daje się we znaki. Nocując nad pubem, którego notorycznie pijany właściciel ściągnął go z Francji, bohater sprawia wrażenie coraz bardziej zrezygnowanego. Wtedy spotyka Alicję, młodą dziewczynę pracującą tam jako sprzątaczka i tęsknie wyczekującą gwiazdki z nieba, która spełniłaby jej marzenie o wielkim świecie.

Kunszt Chometa objawia się w zachwycająco lekkim snuciu pełnych ciepła historii, które mogłyby zdarzyć się wszędzie, czego wyraz daje scena zawiązania więzi między prestidigatorem a młodą dziewczyną. Olśniona sztuczkami Alicja chce odwdzięczyć się mężczyźnie piorąc mu ubrania i przynosząc jedzenie, jednak pewnego popołudnia wszystko diametralnie się zmienia. Wystarczy, że rozsypane przez wiatr i wirujące w powietrzu pierze, które wzięła za pierwszy śnieg, zniknie w momencie pojawienia się w pokoju iluzjonisty, by uwierzyła, że jest on prawdziwym czarodziejem. Od tej pory, wspierając go na różne sposoby, będzie mu towarzyszyć w zupełnie beznadziejnej tułaczce od teatru do teatru. Reżyser niemal na każdym kroku ściera młodzieńczy idealizm z dojmująco gorzką rzeczywistością, która w obliczu pięknych krajobrazów i panoramy miasta przestaje być taka oczywista. Charakterystyczna dla animacji Chometa niedbała kreska zachwyca tutaj malarskością, oddając melancholijne piękno okolic Edynburga i samego miasta pełnego wystrojonych, bogatych ludzi i odchodzących w niepamięć aktorów cyrkowych. Rozmazane, ale nasycone barwami krajobrazy przypominają płótna Williama Turnera, bystrego obserwatora piękna i grozy natury. Nic więc dziwnego, że otoczona takimi pejzażami Alicja święcie wierzy w to, że jej przyjaciel jest w posiadaniu tajników magicznej wiedzy i odmieni los ich obojga. Tym bardziej, że dostaje od niego wszystko, co sobie wymarzy – nowy płaszcz, buty, kolejne sny o tym, że niemożliwe jest możliwe. Iluzjonista nie odziera jej ze złudzeń, bo musiałby pozbawić nadziei i siebie, a tym samym też widzów. Zawsze więc zdobywa się na nieśmiały uśmiech i kolejne sztuczki, budując przed Alicją jej prywatną Krainę Czarów.

Mimo wszystko Chomet nie zapomina, że w realnym świecie każda magia ma swoją cenę, dlatego przedstawiony przez niego świat magika i mieszkających wraz z nim w hotelu brzuchomówcy oraz trzech identycznie wyglądających akrobatów powoli umiera. Niebezzasadnie też wszystkie postacie nie są szczególnie urodziwe, co tylko podkreśla ich rezygnację i beznadzieję egzystencji. Tutaj absurd miesza się z goryczą – od samobójstwa klauna ratuje niespodziewany obiad, a główny bohater musi dorabiać w myjni samochodowej, choć i do tego się nie nadaje. Dzięki swojemu różowemu frakowi, w którym zawsze występuje, jest jednak jedynym – poza Alicją – jasnym punktem na tle egocentrycznych szefów i depresyjnych aktorów. Jego szczera przyjaźń z dziewczyną, przy jednoczesnej dbałości o fach, wzbudza uśmiech, dlatego w pewnym momencie sami zaczynamy wierzyć, że te sztuczki to prawdziwe czary. Reżyser zostawia widzowi ogromny margines na dopowiedzenie sobie szczegółów losów tej osobliwej dwójki kompanów, operuje bowiem przede wszystkim obrazem i zachwycającą, jazzującą – jak w przypadku Tria… i krótkometrażowego Starsza pani i gołębie – muzyką, budującą nastrój całej opowieści. Brak dialogów i zaledwie kilka zrozumiałych słów po francusku lub angielsku (jeżeli bohaterowie się porozumiewają, najczęściej odbywa się to poprzez nieartykułowane dźwięki, co absolutnie nie jest zarzutem – przeciwnie!) sprawiają, że wytłumaczone zostają najważniejsze kwestie, ale resztę widz musi wyłapać z kontekstu, zaś finał – dopisać samodzielnie.

W tym właśnie tkwi ogromna siła Iluzjonisty, który snuje się niespiesznie, pozwalając bez reszty zatopić się w historii o dwojgu idealistów. Zachwycanie się plastyczną animacją i wyłapywanie szczegółów składających się na wiarę w magię to prawdziwa przyjemność, do oddania się której Chomet nie musi długo namawiać. Nie domykając zakończenia, w ręce widza oddaje odpowiedź na pytanie o to, czy Alicja miała rację. A ty? Czy wierzysz w czarodziejów?

Monika Pomijan

Iluzjonista

reżyser: Sylvain Chomet

premiera: 16 lutego 2010 (świat), 26 listopada 2010 (Polska)

produkcja: Francja, Wielka Brytania

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *