Film z Robinem Williamsem

Próba przybliżenia Moskwy nad rzeką Hudson, podobnie jak wielu innych tytułów z Robinem Williamsem w roli głównej, siłą rzeczy musi koncentrować się na postaci wykreowanej przez tego nieodżałowanego artystę. Niewielu jest bowiem aktorów, którzy na każdym filmie, w jakim się pojawili, odcisnęli tak wyraźne piętno. Dzisiejsza propozycja będzie więc w równym stopniu rekomendacją filmową i hołdem dla zmarłego przed kilkoma dniami gwiazdora.

 

Film Paula Mazursky’ego opowiada historię Władimira, saksofonisty występującego w orkiestrze towarzyszącej słynnej moskiewskiej grupie cyrkowej. Radziecka stolica jest tu przedstawiona jako miasto pogrążone w piszczącej biedzie i nasilającym się politycznym terrorze. Gdy pełna osobliwych postaci trupa zostanie oddelegowana do występów w dekadenckim Nowym Jorku, niektórym jej członkom przyjdzie do głowy najoczywistszy pomysł: ucieczka. Ta początkowa część filmu, rozgrywająca się w stereotypowo szarej i zgrzebnej rosyjskiej rzeczywistości, pełni rolę rozbudowanej ekspozycji, pozwalającej na poznanie bohaterów i wczucie się w ich niewesołą sytuację. Choć już od otwierającej film sceny wiadomo, jaki będzie rezultat amerykańskiej wycieczki, to reżyserowi przez cały czas udaje się utrzymać niezbędne dla zachowania uwagi widza napięcie. Jednak, jak wspomniałem we wstępie, najgorętsze oklaski bez dwóch zdań należą się odtwórcy głównej roli.


Robin Williams, ze swoją mocną budową ciała i bujnym owłosieniem, pasuje do roli Wołodii idealnie – diametralnie odmienny od nowoczesnego wzoru męskiej urody, wydaje się w Nowym Jorku intruzem nie mniejszym niż imigranci z dalekiej Azji. Jego postać zbudowana jest na kontraście między stereotypową fizjonomią a niezwykle złożoną, targaną sprzecznymi namiętnościami osobowością. Choć podejmowane przez niego decyzje wydają się nieracjonalne, to z perspektywy czasu układają się w spójną historię człowieka dążącego do wolności, rozumianej jako możliwość wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Duża w tym zasługa kunsztu aktorskiego samego Williamsa, widocznego już w pierwszej scenie: Władimir jedzie metrem i prowadzi krótką pogawędkę z pytającym go o radę współpasażerem. Gdy rozmowa się kończy, kamera koncentruje się na twarzy bohatera, na której rysuje się jednocześnie cała paleta uczuć: od zadowolenia i pewności siebie, przez wyraźną tęsknotę, aż po chwilowe zwątpienie.

Bohater Moskwy nad rzeką Hudson był zapewne pierwowzorem Viktora Navorskiego, w którego wcielił się Tom Hanks w młodszym o dwie dekady Terminalu. Na przykładzie palety środków zastosowanych przez obu aktorów doskonale widać, w jak różny sposób można wykorzystać zarówno dramatyczny, jak i komediowy potencjał pojawiający się na styku dwóch odmiennych kultur. Władimir w wykonaniu Williamsa jest postacią trudną do rozszyfrowania, zagraną na subtelnych nutach – na oczach widzów dokonuje się jego przemiana z zagubionego w skomplikowanej rzeczywistości imigranta w pewnego siebie nowojorczyka. Z kolei film Spielberga to raczej komedia sytuacyjna – rola Viktora Navorskiego jest więc świadomie przeszarżowana, a sam aktor znacznie częściej używa do jej wykreowania skrajnych emocji czy ekspresyjnej mowy ciała.

Wspominam Toma Hanksa nieprzypadkowo, bo obok Robina Williamsa to właśnie on był dla sporej części mojego pokolenia, urodzonego pod koniec lat 80. i przeżywającego swoje pierwsze filmowe doświadczenia w połowie kolejnej dekady, synonimem dobrego aktorstwa. Jednak Hanks miał o tyle więcej szczęścia, że w tym kluczowym dla swojej kariery okresie grywał dramatyczne role w wybitnych i obsypanych nagrodami filmach, które wywindowały go do grona największych gwiazd ekranu końca XX wieku. Choć w filmografii Williamsa również nie brakuje znakomitych tytułów, to jednak łatka aktora komediowego, przypięta mu zresztą niezupełnie słusznie, skutkowała brakiem równie poważnych i jednocześnie atrakcyjnych propozycji. Nieliczne wyjątki, jak Buntownik z wyboru i Stowarzyszenie umarłych poetów, choć spotkały się z równie ciepłym przyjęciem co Filadelfia czy Forrest Gump, były jednak przeplatane dużo mniej wyrafinowanymi produkcjami. Przyniosło to Williamsowi uwielbienie widzów i stworzyło niezwykle przyjazny wizerunek, ale utrudniło wejście do aktorskiego panteonu. Paradoksalnie właśnie dzięki temu miał on możliwość pokazania pełni swoich możliwości – ogromna część jego filmów to niemalże one-man show, a przy tym nierzadko wątpliwej jakości dzieła, które bez jego udziału należałoby w ogóle spisać na straty. Po tragicznej śmierci innego wybitnego artysty, Philipa Seymoura Hoffmana, pisano, że gdy pojawiał się na ekranie, automatycznie skupiał na sobie całą uwagę widza. W przypadku bohatera niniejszego tekstu można pójść o krok dalej: każdy film, w którym grał, stawał się z miejsca filmem z Robinem Williamsem. A takiej rekomendacji nie powstydziłby się już żaden aktor.

Marcin Sarna

Moskwa nad rzeką Hudson

reżyseria: Paul Mazursky

premiera: 6 kwietnia 1984 (świat)

produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *