Miałem być czarnym koniem…

Czarny koń to kolejny film Todda Solondza stworzony w zgodzie z zasadą dysonsansu między powierzchnią filmowego świata a jego warstwą znaczeniową. Objawienie brutalnej prawdy jak zwykle odbywa się w estetyce kiczowatego domku dla lalek prosto z taśmy produkcyjnej Fabryki Snów.

 

Tym razem Solondz pożycza opakowanie z filmów podpisywanych przez Judda Apatowa, Setha Rogena czy Davida Gordona Greena. Główny bohater, Abe, przypomina protagonistów Wpadki bądź Faceta do dziecka – jest otyły, nieatrakcyjny i, mimo dawno osiągniętej pełnoletności, nie chce dorosnąć. W walce z majaczącą na horyzoncie dojrzałością nie jest bynajmniej osamotniony, znajdując wsparcie w matczynej nadopiekuńczości i pobłażliwości ojca. Niemałe znacznie dla tej kampanii ma też pokój Abe’a – solidny schron zbudowany z figurek-zabawek, filmowych gadżetów i plakatów, doskonale konserwujący dziecięcą mentalność swojego lokatora. Otaczająca mężczyznę fikcja to nie tylko materialna przestrzeń czterech ścian, ale przede wszystkim doskonały system samooszukiwania się umożliwiający wygodną ślepotę na własną groteskowość. Abe nie poprzestaje na permanentnym ignorowaniu swojego pasożytnictwa, nieudolności, lenistwa – widzi siebie jako ofiarę egoizmu i niesprawiedliwości innych. Prawiąc wyrzuty ojcu, przypomina karykaturę Terry’ego Malloya w jego słynnym monologu w Na nabrzeżach: I coulda’ been a contender… Zepchnięta do podświadomości prawda dochodzi do głosu w snach bohatera, skłaniając go do nieświadomie komicznego wyznania: I prefer reality.

Autor Czarnego konia po raz kolejny wykpiwa ludzką potrzebę tworzenia iluzji ładu, szczęścia, własnej wartości. Ogromną rolę w podtrzymywaniu powszechnego kłamstwa odgrywa popkultura, pełna barwnych scenerii, pokrzepiających historii i motywujących, radosnych piosenek. Solondz przedrzeźnia jej estetykę i zderza ją z niewygodną prawdą. Nieprzypadkowo więc scena, w której bohater uświadamia sobie beznadzieję swojej sytuacji, rozgrywa się w kolorowym sklepie z zabawkami. Popowy wokalista przekonujący, że today is gonna be the perfect day (…) you can be who you wanna be, w filmie Apatowa mógłby zabrzmieć całkiem wiarygodnie. W Czarnym koniu jego sztampowy optymizm podszyty jest oczywistą ironią.

Wymowa filmu Solondza jest demaskatorska i pesymistyczna, a przez to zupełnie obca głównemu nurtowi. Obrazy w rodzaju 40-letniego prawiczka prezentują pozytywną wizję rzeczywistości pokazując, że każdy z nas posiada wartość, którą trzeba tylko odkryć, że możemy osiągnąć sukces, że miłość i przyjaźń są w naszym zasięgu, etc. Z Czarnego konia wynika, że nie zawsze tak jest. Wytypowane w ciemno czarne konie często kompletnie zawodzą, a przyczyna kompletnej porażki tkwi w nich samych – nie wyróżniają się niczym pozytywnym, nie mają możliwości ani ambicji. Prawda jest taka, że nie każdy zasługuje na uznanie, sympatię czy nawet proste zainteresowanie. Życie bywa monotonne, pozbawione spektakularności, zakończone cichą śmiercią, która prawie nikogo nie obchodzi. Świat kręci się dalej.

Ostatniemu jak dotąd dziełu Solondza zarzuca się, że nie jest tak radykalne jak jego poprzednie filmy. Faktycznie, nie ma tu ani morderstwa, ani niebezpiecznych dewiacji seksualnych, można by rzec – sama proza nieco zwichniętej egzystencji. Jednak dzięki swojej trywialności Czarny koń mówi więcej o naszej rzeczywistości niż choćby makabryczne Happiness. Warstwa groteski oddzielająca świat widza od świata przedstawionego zostaje odchudzona na tyle, by prawdopodobne stało się dojrzenie w głównym bohaterze jakiegoś odblasku samego siebie.

Czy jednak komukolwiek potrzebny jest taki film jak Czarny końantybohaterska elegia o nieciekawym życiu amerykańskiego nieroba? Na ogół kultura popularna umacnia w nas wiarę w pozytywną wersję rzeczywistości i to jest dobre. Niemniej powszechna propaganda happy endu to w najlepszym wypadku jedynie marchewka – obietnica nagrody, która ma w założeniu mobilizować do działania i zmiany na lepsze. Solondz w motywacji posługuje się kijem, którego oddziaływanie bywa niekiedy znacznie skuteczniejsze. W jednej z najlepszych scen Czarnego konia siedzący samotnie w kinie i czekający na film Abe mamrocze pod nosem rozwiązania wyświetlanych na ekranie banalnie prostych kalamburów. W filmie wygląda to komicznie, ale tak naprawdę każdy może przyłapać się w bliźniaczo podobnej sytuacji, gdy marnuje czas na żałosne mini-zwycięstwa, którymi łatwo się zadowolić.

Czarny koń nie zostanie koniem trojańskim kina – filmem, który dzięki pozorom bezpiecznej konwencji dotarłby do szerszej publiczności z nieoczekiwaną, wywrotową treścią. Dzieło to w jeszcze większym stopniu niż poprzednie obrazy Solondza dzieli los Abe’a – niby gdzieś tam istnieje, ale no one cares.

Maciej Kryński

Czarny koń

Reżyseria: Todd Solondz

Premiera: 5 września 2011

Produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.