Sounds of silence

Niewiele jest filmów, które tak dosadnie pokazują, jak przepastna jest szuflada dramatu obyczajowego. Nazwa gatunku niby nie obiecuje wiele, raczej pozostawia po sobie znak zapytania. Jednak zawsze, gdy pojawia się jakieś ciche arcydzieło, poprzeczka szybuje w górę i długo nie można znaleźć niczego na zastępstwo. Nie inaczej jest z Absolwentem – pięć nominacji Akademii, Oscar ‘68 za reżyserię, pięć Złotych Globów, jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych w historii kina, a wszystko to jest zaledwie ułamkiem uroku tego filmu, kryjącego się gdzieś między kliszami.

Rodzina Braddocków jest typową społeczną komórką Ameryki lat 60. – pełna zaściankowych uprzedzeń i zwyczajnej, zupełnie ludzkiej hipokryzji oczekuje swojego ukochanego syna, który ma rozpocząć nowy rozdział. Po jego powrocie ze studiów, rodzice urządzają dla Benjamina przyjęcie powitalne będące prologiem do zmian. Świeży, zupełnie nieprzygotowany na samodzielność i pełen obaw chłopak snuje się między rówieśnikami ojca i matki, wymieniając grzecznościowe rozmowy na temat swojej świetlanej przyszłości na politycznie poprawnych przedmieściach. Na pierwszy rzut oka wszystko zmienia się z chwilą, w której Benjamin poznaje Panią Robinson. Romans, który wówczas nie mieścił się w absolutnie żadnej społecznej ramie (a i dziś nieraz stanowiłby problem) jest niejako punktem zwrotnym w życiu chłopaka i chociaż jego charakter każe mu się poddać władczej i dominującej kobiecie, później właśnie to będzie filarem jego przemiany.

Niemająca racji dłuższego bytu znajomość daje Pani Robinson chwilową rozrywkę. Niezadowolona z prowadzonego życia, niestabilna emocjonalnie, nadużywająca alkoholu kobieta bawi się Benjaminem jak tylko jej się podoba, tworząc wokół siebie bańkę przelotnej uciechy. Wszystko jednak ma swój termin ważności i gdy przewrotny los łączy ze sobą Elaine, córkę Robinsonów oraz Absolwenta, zachodzi w nim gwałtowna zmiana. To już nie fascynacja nieznanym, a zwyczajne, szczere zakochanie, które całkowicie niweluje dotychczasową uległość Benjamina. Uskrzydlony siłą znajomości z Elaine stara się zerwać toksyczne relacje z jej matką, co, jak można się domyślić, jest jej zupełnie nie po drodze.

Niesamowitym zabiegiem w filmie jest praca kamery, która w niemal każdej ważnej scenie skupia wzrok widzów na twarzach bohaterów. I tak niczym pod lupą można obserwować brawurowe aktorstwo Dustina Hoffmana czy Anne Bancroft, których emocje ilustrują osobiste zbliżenia i niosąca niezwykły ładunek uczuciowy muzyka duetu Simon & Garfunkel. Pełne nostalgicznego smutku i niewypowiedzianej tęsknoty za czymś nieuchwytnym piosenki to nie tylko tło, a niemal osobny bohater. I chociaż ścieżka nie została skomponowana specjalnie na potrzeby produkcji, wydaje się, że odbiór całości byłby niemożliwy bez tego elementu.

Po raz kolejny na klasyk nad klasyki złożyło się mnóstwo szczegółów, tworzących razem nierozerwalną całość. Od najdrobniejszych, słynnych już dialogów, przez doskonale (a przecież tak prosto) skrojony scenariusz, wyraźnie nakreślone postaci i przełamujących barierę poprawności młodych bohaterów, po pamiętne sceny zilustrowane ponadczasową muzyką – trudno znaleźć tu lukę. I chociaż w trakcie seansu reżyser często zbacza w stronę komedii obyczajowej, nie sposób jednoznacznie określić, czy koniec to happy end. Bo chociaż ostatnia scena początkowo nabiera widzów uśmiechami kochanków, wątpliwości pojawiają się, gdy euforia znika z twarzy Benjamina, a uszu dobiega The Sounds Of Silence.

Natalia Jankowska

Absolwent („The Graduate”)

reżyseria: Mike Nichols

premiera: 21 grudnia 1967 (świat), 31 grudnia 1990 (Polska)

produkcja: USA

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.