Do tego nóżką nie potupiesz

Scenka rodzajowa, która zainspirowała mnie do napisania tego tekstu, wydarzyła się ponad pół roku temu, niemniej ze stuprocentową pewnością mogę stwierdzić, że podobne historie rozgrywają się niemal na każdym koncercie. No, może nie na Unsoundzie.

 

W sierpniu zeszłego roku jako wysłannik 5kilo kultury wybrałem się na jeden z większych polskich festiwali, czyli Coke Live Music Festival. W trakcie pierwszego dnia, podczas obserwacji kilku osób, którym lepiej nie przeszkadzać, bo tańczą, naszła mnie myśl – czy to muzyka wprawia nas w chęć do tańca, czy jednak dla chcącego nic trudnego i zaprawiony w bojach imprezowicz zatańczy nawet w rytm najdziwniejszych melodii? W przypadku opcji drugiej, dla amatorów tańca improwizowanego do każdej muzyki, mam kilka albumów, głównie z ostatnich lat (bo po co sięgać za daleko w przeszłość), do których nie będzie im ruszało się zbyt dobrze.

PS. Lista nie uwzględnia Swans, Death Grips oraz Sunn O))).

David Lynch – Crazy Clown Time (2011)

Crazy Clown Time to zbiór niezwykle dziwacznych i nieco przerażających kompozycji, które David Lynch określił jako modern blues. Reżyser Twin Peaks bawi się vocoderami, klubowymi bitami i ciężkimi gitarami. Dodatkowo wszystko odbywa się w zwolnionym tempie. Całość brzmi jak muzyka z horrorów. Tańczyliście kiedyś przy muzyce z horrorów? No właśnie.

Amon Tobin – ISAM (2011)

Muzyka z przyszłości, tak najzwięźlej można opisać ISAM. Tobin bezsprzecznie w 2011 roku wyprzedził swoją epokę. Potężne basy, mnóstwo efektów oraz charakterystyczne dla Brazylijczyka mikrodźwięki tworzą wrażenie monumentalności oraz zwalają z nóg. 

BNNT – __ (2012)

Po co umieszczać tutaj tak kapelę oczywistą jak BNNT? Wiadomo przecież, że trzeszczące, ciężkie oraz rwane numery, którymi duet idealnie może atakować zdezorientowanych mieszkańców w trakcie swoich performance’ów, nie nadają się do niczego związanego z tańcem. Jednak nie tylko brzmienie może odstręczać. Równie ważna jest tematyka, tak samo nieprzyjemna jak kawałki grupy. Terroryzm, lokalni watażkowie, masowe mordy i niezwykła brutalność – to wątki rzadko spotykane w muzyce.

Elektrische.TV – Starter (2012)

Jest to jedna z bardziej pretensjonalnych rzeczy, które miałem okazję przesłuchać w ostatnich latach. Kryjący się pod pseudonimem Elektrische.TV Szymon Weiss na Starterze serwuje zawrotne tempo, ogromne zagęszczenie sampli oraz nieco kiczowatą konwencję. Trzeba podkreślić, że producent w swoich elektronicznych eksperymentach jest niezwykle odważny, co nie przekłada się jednak na przyswajalność płyty. Gdy już wydaje się, że dany utwór jest świetnym wyborem na parkiet, producent postanawia przyśpieszyć go do granic możliwości, aby słuchacz nie tylko stracił ochotę do tańczenia, ale i słuchania muzyki w ogóle. Dla fanów ciężkiej elektroniki Weiss będzie niezłym producentem, dla postronnych człowiekiem, który nigdy nie powinien zająć się tworzeniem.

Holly Herndon – Movement (2012)

Holly Herndon to niewątpliwie jedna z ciekawszych postaci na scenie elektronicznej w ostatnich latach. Trudno bowiem nie dostrzec chociażby odrobiny pomysłowości w koncepcie przemielenia własnego głosu w zdehumanizowane dźwięki. Wśród awangardowych i amelodyjnych kompozycji Holly oczywiście można znaleźć coś chwytliwego (Fade), jednak jest to raczej wyjątek od reguły.

The Knife – Shaking The Habitual (2013)

O nowej płycie The Knife powiedziano absolutnie wszystko. Nie chciałbym po raz kolejny powielać milionów wątków poruszonych przy wielu recenzjach krążka. Uargumentuję tylko dlaczego w zestawieniu znalazł się ten album Szwedów, a nie przykładowo Tomorrow, In a Year. Głównym powodem jest Old Dreams Waiting to Be Realized. Proszę, niech każdy spróbuje się do tego wytańczyć. Ktoś zakrzyknie, że w post-rocku takich kompozycji jest na pęczki. Różnica jest jedna – nikt w płytę pełną agresywnych i intensywnych brzmień nie wstawia 20-minutowego ambientowego potworka.

<a href=”http://www.vimeo.com/64141709″ onclick=”javascript:_gaq.push([’_trackEvent’,’outbound-article’,’http://www.vimeo.com/’]);”>http://www.vimeo.com/64141709</a>

SquarePusher – Ufabulum (2012)

Typ mojej dziewczyny. Dlaczego właśnie Squarepusher? Przed ostatnim Tauronem robiłem szybki przegląd co warto, a czego nie warto zobaczyć na katowickim festiwalu. Po przesłuchaniu SOHNa, Zebra Katz i Two Fingers postanowiłem w końcu zapoznać się z ostatnim krążkiem Squarepushera, czyli Ufabulum. Jak się okazało, album, będący przykładem czystej elektroniki, nie przypadł do gustu siedzącej obok partnerce. Przy Dark Steering padło w końcu z jej ust dramatyczne oświadczenie – przecież tego nie da się słuchać. Kto więc chciałby przy tym tańczyć?

Daniel Kiełbasa

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.