Ladies and Gentlemen, Mogwai!

Mogwai – Young Team (1997) Chemikal Underground

Są takie płyty, o których nie można zapomnieć. Których nie da się słuchać, robiąc jednocześnie coś innego. Muzyka, którą chłonie się całym sobą, która absorbuje całą twoją uwagę i nie pozwala skoncentrować się na niczym innym. Dziś opowiem o jednej z takich płyt.

 

Muzyka nie powinna być tylko dodatkiem do codziennych czynności. Dobry album powinien pochłaniać w całości, wyłączając nas z życia na czas słuchania. Angażować całą naszą uwagę, nie pozwalając nawet wyjść do ubikacji. Mogwai Young Team spełnia wszystkie te warunki, a po zakończeniu jeszcze przez długi czas zmusza do refleksji z krążącym po głowie pytaniem: co ja właśnie usłyszałem? Niestety nie codziennie trafiamy na muzykę aż tak znacząco wpływającą na nasze egzystowanie. Często staje się ona tylko dodatkiem do pracy, zabawy czy bezmyślnego przeglądania Internetu. Nie słuchamy tego, co artyści mieli nam do powiedzenia za pomocą melodii. Z tego wynika mała współczesnie popularność muzyki instrumentalnej, gdyż wymaga ona od słuchacza czynnego podejścia.

Szkoci w swoim debiucie stworzyli coś, co nie pozostawia obojętnym. Ta muzyka nie pozwala się ignorować, cały czas walcząc o naszą uwagę. Wystarczy dać jej szansę, założyć słuchawki do słuchania muyzki, zamknąć oczy i pozwolić, by muzycy przemówili dźwiękami, które dla nas skomponowali. A przygotowali solidny, 64-minutowy kawał muzyki, w swojej konwencji bardzo różnorodny.

 

Young Team został wydany w październiku ’97 roku. Już wtedy stał się jedną z najważniejszych płyt ostatniej dekady XX wieku. Mogwai zaoferowali post-rock we w pełni rozwiniętej formie, pozbawionej dużej ilości (niepotrzebnych) eksperymentów, dojrzałej artystycznie. Idealnie wyważyli lekkość i melodię czystych instrumentów z hałasem przesterowanych, jazgoczących gitar. Już na pierwszej płycie skomponowali najpiękniejsze melodie, używając najlepszych riffów. Wszystko, co pojawiało się później, było tylko próbą (mniej lub bardziej udaną) dorównania arcydziełu, jakim niewątpliwie jest Young Team.

Jak wspomniałem wcześniej, jest to muzyka instrumentalna z jednym wyjątkiem – R U Still In 2 It, gdzie gościnnie użyczył głosu wokalista Aidan Moffat z Arab Strap. Jego senna maniera wokalna idealnie pasuje do tekstu, który w zasadzie sprowadza się do pierwszego wersu Are you still into it? ‘Cause I’m still into it. W reszcie utworów króluje bas i gitara, które na przemian walczą o uwagę słuchacza. Raz bas jest na pierwszym planie, by już po chwili z tła wyłoniła się gitara, która przejmuje utwór dla siebie. Chłopcy z Glasgow chętnie korzystają z sampli ludzkiego głosu (rozmowa telefoniczna w Tracy czy monolog w otwierającym płytę Yes! I Am a Long Way from Home) oraz fortepianu (Summer (Priority Version)). Wisienką na tym post-rockowym torcie jest monumentalny, szesnastominutowy Mogwai Fear Satan.

Debiut Szkotów jest płytą idealną. Wszystko, co tam się znajduje, jest na swoim miejscu. Nie ma ani jednego niepotrzebnego dźwięku. Wszystko jest dokładnie takie jak musi być, a mimo to (może bardziej dlatego) słychać w tym prawdziwość i wielkie emocje towarzyszące muzykom podczas tworzenia. Mogwai nigdy później nie nagrali albumu tak doskonałego. Każda kolejna płyta jest porównywana do Young Team i każda okazuje się gorsza. Dzieje się tak, gdyż sami muzycy tak bardzo chcą nagrać kolejny Young Team, że przestają ufać swojej intuicji i próbują znowu poczuć to samo, co podczas nagrywania debiutu. Niestety dla nich taki album nagrywa się raz w życiu.

Mateusz Starzyk

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.